czwartek, 28 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ I

      -Nie ma mowy!
-Ależ kochanie, musisz to uszanować, na tym polega moja praca…-I tak od samego rana. Ciągłe kłótnie, które miotają naszym domem, naruszyły zwykły ład i porządek.
Niestety, nie bezpodstawnie.
-Uważasz, że to dla mnie łatwe?- Wysyczałam teatralnym szeptem, zakładając ręce na piersi. Patrzyłam jak twarz mojej mamy się zmienia, wydawała się teraz znacznie starsza i zmęczona. Poszła do kuchni, zostawiając mnie na schludnym tarasie, na którym stała ogromna liczba doniczek i rzeźb. Usiadłam na puchatym fotelu, wypuszczając ze świstem powietrze. Już raz zgodziłam się na jej idiotyczny pomysł. Wtedy wydawało mi się, że to nic takiego, poza tym działałyśmy dla dobra kogoś innego, kogoś kto cierpi i ma problemy. Niestety, nie skończyło się to zbyt dobrze.
Nagle usłyszałam rytmiczne kroki i poczułam słodki zapach malinowej herbaty. Z wdzięcznością odebrałam od mamy parujący napój i pozwoliłam jej usiąść na oparciu mebla.
-Jo, ten chłopak potrzebuje pomocy.- Wzruszyłam ramionami.
-Nie może zostać w szpitalu?- Kobieta spojrzała na mnie, starając się wywołać na swojej twarzy, chociaż zarys uśmiechu, jednak wychodziło jej to raczej nieudolnie.
-Spędził w nim dostatecznie dużo czasu. Nic już tam nie mogę zdziałać, zresztą wolałabym mieć go przy sobie. On przeszedł przez naprawdę ciężkie bagno, widział okropne rzeczy, które do tej pory sprawiają, że nie mogę spać po nocach.
-Jakiego rodzaju rzeczy?- Zapytałam niewinnie, obdarzając mamę niewinnym uśmieszkiem. Ona zaś wymierzyła mi sójkę w bok i zachichotała.
-Nie, Josephine, nie jesteś nawet w połowie tak sprytna jak myślisz. Tajemnica lekarska.- Jęknęłam głośno. Mama spojrzała na mnie wyczekująco, bawiąc się nerwowo skórką przy paznokciu.
-Jak długo ma tutaj być?- Wymamrotałam. Kobieta klasnęła w dłonie i dosłownie rzuciła mi się na szyję.
-Hej, hej! To wcale nie znaczy, że się zgodziłam.- Odparłam ze śmiechem, patrząc jak mojej matce rozbłysły oczy.
-Myślę, że dwa miesiące będą wystarczające…
-Co?- Wykrzyknęłam.-Przecież to całe wakacje. Nigdzie nie pojedziemy.- Wiedziałam, że marudzę. Wiedziałam też, że i tak czy siak będziemy miały nowego lokatora. Jak moja mama się na coś uprze, to średnio można ją od tego odciągnąć.
-Myślę, że stać cię na takie poświęcenie.- Powiedziała z powagą. Miała rację.
Dlatego w wyniku dalszej konwersacji uzgodniłyśmy, że od jutra w jednym z pokoi gościnnych zamieszka jakiś chłopak, który jest pacjentem mojej mamy od niecałego roku. Moja mama jest lekarzem w szpitalu psychiatrycznym i pomaga ludziom, którzy cierpią na różnego rodzaju schorzenia psychiczne. Kilka miesięcy temu miałyśmy innego lokatora, który wpadł w bardzo głęboką depresje. Wydawało się, że mu się poprawia, jednak pewnego wieczoru zobaczyłam ślady krwi na umywalce. Spodziewając się najgorszego wpadłam do pokoju dla gości. Znalazłam nastolatka, który kucał pod biurkiem i kiwał się w przód i w tył, zaś zobaczywszy mnie rzucał nożami, cyrklami, nożyczkami i innymi narzędziami, które zachomikował,
jak później się okazało, w wydrążonej w biurku skrytce.
Na pomoc przybiegł sąsiad, który siedział z mamą w salonie, sącząc „wieczornego drinka”.
Zabrano go z powrotem do szpitala i podano antydepresanty. Z tego co wiem, nadal tam leży, pod stałą opieką dyżurnych.
Nie odebrałam tego wydarzenia zbyt dobrze, ponieważ jeden z noży wbił mi się w bark, pozostawiwszy brzydką bliznę, która codziennie przywołuje to okropne wydarzenie.
Tym razem jednak ma być inaczej.
Mama wyciągnęła ze swojej teczki, kartkę ksero, która była upakowana w przezroczystą folię.
Kiwnęła do mnie zachęcająco, podając mi dokument.

Imiona: Harry, Edward
Nazwisko: Styles
Data urodzenia: 01.02.1994r.
Kolor oczu: zielony
Schorzenie: zaburzenia afektywne
Siedziba: szpital pod wezwaniem św. Anny



Chciałam odwrócić papier, jednak mama uznawszy, że zapoznałam się z jego treścią, wyrwała mi go, uniemożliwiając spenetrowanie zawartości. Uniosłam ręce do góry, w geście rezygnacji i wybuchłam śmiechem. Kobieta pokręciła głową, mierząc mnie dezaprobatycznym wzrokiem. Pobiegłam po schodach na górę i schowałam się w swoim pokoju. Wyciągnęłam z szafy małą czarną sukienkę, przygotowując ją na jutrzejszą imprezę u znajomych. W Holmes Chapel nie dzieje się zbyt dużo, dlatego uznałam, że raz do roku mogę się odpowiednio odstawić. Jakby pięćdziesięciolecie piekarni i pięćdziesięciolecie pożycia małżeńskiego znajomych, nie było dostateczną okazją.
Po wieczornej toalecie chwyciłam niedokończony kryminał i gdzieś tam, zgłębiając gorzkie tajemnice Joego Alexa, oddałam się objęciom Morfeusza.



            -Ten drink jest zdecydowanie za mocny. Ile procent z tego to wódka, a ile to cola?- Zapytałam powstrzymując się przed skrzywieniem ust. Pan Castle zaśmiał się głębokim basem, sprawiając, że jego dwa podbródki niebezpiecznie zadrżały.
-Od kiedy takie sprawy cię ruszają Jo?- Zapytał nonszalancko. Jak na osiemdziesięciolatka trzymał się całkiem nieźle. W każdym razie na tyle sprawnie, że potrafił robić cuda przy piecu. Ja nigdy tego nie ogarniałam i podziwiałam go za to, że po tylu latach, jego wypieki są niezmienne. Ta piekarnia jest tutaj od kiedy pamiętam. W ciągu moich siedemnastu lat życia, nie było dnia, by nic tutaj nie pichcił. I jak się tutaj nie admirować?
-Bardzo ładnie ci w tej sukience. Szkoda, że tak rzadko pokazujesz swoje ciało.- Pacnęłam go śmiejąc się z jego żartu. Oczywiście nie mówił poważnie, po prostu zdawał sobie sprawę z tego, że nie czułam się zbyt pewnie z odkrytymi ramionami.
Sukienka była prosta, niezbyt długa, z kilkoma wycięciami i ramiączkami, które niestety nie zakrywały mojej blizny. Miałam nieustanne wrażenie, że każdy się na mnie gapi. Poprawka. Nie na mnie, lecz na moją skazę, którą bezskutecznie próbowałam zakryć długimi, brązowymi włosami.
Wypiłam jeszcze kilka drinków, delektując się rozmowami z okolicznymi przyjaciółmi.
Czas zleciał niesamowicie szybko. Nawet nie zauważyłam, że na zewnątrz już się ściemniło, mimo ciepłej, letniej pogody.
Uznawszy, że czas się zbierać, odnalazłam kilku znajomych i wymieniłam z nimi słowa pożegnania i obowiązkowe całusy.
Wybiegłam z piekarni i targana chłodnym wiaterkiem, udałam się do domu.
Zauważyłam, że światło w sypialni mamy jest zapalone, co znaczy, że przyjechała już z naszym gościem. Pospiesznie poprawiłam sukienkę i pchnęłam ciężkie, drewniane drzwi, wkraczając do środka. Chwiejąc się zsunęłam buty, po czym na palcach podreptałam do swojego pokoju. Z impetem rzuciłam torbę, która wylądowała na stercie poduszek mieszczących się na łóżku. Z szafki nocnej wyciągnęłam paczkę papierosów, zapalniczkę i listek miętowej gumy. Udałam się na balkon, który znajdował się naprzeciwko mojego pokoju i przymykając drzwi odpaliłam papierosa.
Przykucnęłam, niespokojnie poruszając gołymi palcami u stóp. W co ja się wpakowałam?
Jakiś zupełnie obcy koleś, starszy ode mnie o jakieś dwa lata przesiaduje sobie w moim domu, bawiąc się w szczęśliwą rodzinkę. Koszmar.
Pospiesznie zgasiłam peta i podniosłam się z klęczek. Nagle wydałam z siebie niemy okrzyk. Naprzeciwko mnie stał wysoki brunet, ubrany jedynie w dresowe spodnie, które luźno wisiały na jego biodrach. Prawdopodobnie na widok mojej miny wyszczerzył zęby w uśmiechu i podszedł bliżej. Cofnęłam się o kilka kroków gorączkowo szukając najszybszej drogi ucieczki.
-Cześć.- Usłyszałam.- Ty jesteś Jo? Córka Claire?- Pokiwałam słabo głową. Starałam się uspokoić dziko bijące serce, lecz ono nie słuchało. Nagle chłopak znalazł się przy mnie, ściskając moją dłoń w silnym uścisku.
-Jestem Harry. Miło mi.- Wyszarpałam rękę, przez co niebezpiecznie się zachwiałam. Po chwili złapałam utraconą równowagę i wróciłam do sztywnego pionu. Spojrzałam prosto w roześmianą twarz chłopaka i zaczęłam jąkać się próbując wydukać jakieś sensowne zdanie.
-Wiem kim jesteś. A teraz wybacz, ale jestem zmęczona i jutro będzie pora na wszelkie rozmowy.- Harry pochylił się nade mną i głęboko się zaciągnął.
-Twoja sukienka pachnie papierosami. I czymś mocniejszym. Piłaś?- Niepewnie pokręciłam głową. Starałam się przybrać hardy wyraz twarzy, jednak wyglądałam raczej jak wystraszona sowa.
-Nie musisz się mnie bać Jo.- Wyszeptał wprost do mojego ucha, wpuszczając tam ciepłe powietrze, przez które opornie zadrżałam.- Ja nie chcę zrobić ci krzywdy. Chociaż ty najwyraźniej chcesz. Przez tę sukienkę przyprawiasz mnie o atak serca.- Gwałtownie się odsunęłam, na co Harry wybuchnął śmiechem i zaczął nudzić jakąś melodię.
-Jesteś nienormalny.-Wysyczałam. Chłopak jeszcze głośniej zarechotał, z trudem chwytając powietrze.- Co w tym zabawnego?- Zapytałam ze złością. Nagle wesoła twarz Harrego zrobiła się całkowicie poważna.
-Właściwie to nie ma w tym nic śmiesznego. Masz rację. Jestem nienormalny. To właśnie sprawia ból. Sprawia, że ludzie dziwaczeją. Słyszałaś, że najwięcej uśmiechają się ci, którzy skrywają najwięcej smutku?- Nie czekając na moją odpowiedź kontynuował, strzelając
słowami jak z karabinu.- To trochę głupie. Przez to nikt mnie nie rozumie. Kiedyś tak nie było.- Westchnął po czym odchylił głowę do tyłu, zamykając oczy. Wypuściłam głośno powietrze chcąc przerwać ponurą ciszę. Nagle poczułam rękę, która spoczęła na moim ramieniu. Pisnęłam i odskoczyłam do tyłu. Harry patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem.
-Dlaczego panikujesz? Z powodu mojego dotyku?- Milczałam. Chciałam się stamtąd jak najszybciej wydostać. Poza tym bałam się, że każdy gwałtowny ruch może sprowokować go do ataku. Otaksowałam go wzrokiem, spoglądając na bujne, lekko wilgotne loki, chłodne, zielone oczy, umięśnioną klatkę piersiową i ciekawy tatuaż z wizerunkiem motyla.
Harry jakby czując moje spojrzenie spiął brzuch, sprawiając że motyl poruszył się niespokojnie. Uśmiechnęłam się delikatnie i podniosłam wzrok. Chłopak również mi się przyglądał. Wykrzywił kącik ust i zdmuchnął z czoła niesfornego loka.
-Nie masz żadnych pytań?- Drgnęłam zaskoczona.
-Dlaczego miałabym mieć?- Harry zawadiacko objął mnie, zatrzymując dłoń na mojej talii.
-Ja co chwilę zadaję ci jakieś pytania. Teraz twoja kolej.- Zastanowiłam się. Ciężko było mi się skupić, nie mogłam wymyślić żadnej sensownej wypowiedzi. Cholerne drinki. Dlatego palnęłam najbardziej bezsensowne pytanie, na jakie mogłam wpaść.
-Jak się czujesz?- Harry rozszerzył usta w uśmiechu, jakimś cudem sprawiając, że zmiękły mi kolana.
-Jest trochę chłodno, ale widok pięknej dziewczyny rozpala mnie od środka.- Mimo woli wybuchnęłam śmiechem.
-Mimo swojej nienormalności potrafisz być zabawny.- Chłopak wzruszył ramionami.
-Taka praca. Teraz ja zadam ci pytanie. Musisz tylko obiecać, że na nie odpowiesz.- Zastanowiłam się. O co mógł mnie zapytać? Praktycznie mnie nie zna, więc nie ma podstaw, by zagadnąć mnie o coś, co mogłoby mnie dotknąć.
-Jasne. Strzelaj.- Harry odwrócił mnie ku sobie tak, że nasze twarze dzieliło zaledwie kilkanaście centymetrów, a jego usta były na poziomie mojego czoła. O mamo, jakie on miał piękne zielone oczy. Zsunął swój wzrok na moje ramię i zmrużył oczy, sprawiając że między jego brwiami zrobiły się takie trzy śmieszne kreski. Moje ramię. Blizny. Poczułam, że łagodne ogłupienie minęło. Odsunęłam się gwałtownie i podbiegłam do drzwi.
-Poczekaj Jo! A co z moim pytaniem?
-Niczego nie oczekuj. I tak nie odpowiem.- Chłopak w ciągu sekundy znalazł się obok i chwycił mnie za ramię, przez co poczułam silny ucisk jego palców. Bolało.
-Obiecałaś.
-Odwołuję.
-Tak się nie robi.- W przypływie odwagi przybliżyłam swoją twarz do jego i wysyczałam:
-Powstrzymaj mnie.-  Nagle wyczułam jakąś zmianę. W powietrzu zawisło niespodziewane napięcie, które sprawiło, że nasze płuca domagały się większej ilości tlenu. Byliśmy tak blisko, że mogłam wyraźnie zobaczyć jak jego źrenice zmieniają rozmiar. Teraz jego oczy były wręcz czarne. W półmroku wyglądały jak malutkie węgielki, które dzięki małej iskrze zaczną płonąć. Harry rozchylił usta w szerokim uśmiechu, sprawiając że na jego policzkach zabłądziły słodkie dołeczki. Jednak sam chłopak nie należał do słodkich. Powiedziałabym raczej, że do gorących i niebezpiecznych. Nie mam pojęcia co mi wtedy odbiło, bo poczułam silne pragnienie, by jego wargi dotknęły moich. Zamknęłam oczy, gdy poczułam ciepły powiew oddechu na swoim karku.
-Jo…-Wyszeptał. Chwyciłam drżący oddech czekając. Boleśnie pragnęłam tego pocałunku. Zastygłam jednak bez ruchu, gdy jego usta przeniosły się w okolice mojego ucha.
-Jo… Nie bądź zła, ale zmuszę cię do odpowiedzi. Mogę zrobić to siłą, ale i tak mi się uda.
A więc…słuchaj mnie teraz uważnie.
To dla mnie ważne…
Sprawa ciężkiej wagi.
Jo…
Czy zrobisz mi kanapkę?

8 komentarzy:

  1. Dziękuję ci za to, że nie stoisz w miejscu, tak jak w większości fanfictions.
    Świetnie ci idzie, czekam na next. <3

    OdpowiedzUsuń
  2. omamo hahah xd
    Ja tak mysle jakie pytanoe..a tu Czy zrobisz mi kanapke hhasxd
    Wspanialy blog,dodaje do zakladek :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam i chcę więcej !

    OdpowiedzUsuń
  4. czekam na next : )

    OdpowiedzUsuń
  5. " To dla mnie ważne…
    Sprawa ciężkiej wagi.
    Jo…
    Czy zrobisz mi kanapkę?" o mój Boże! Harry wygrał :D Rozdział bardzo mi się podoba *__* Lecę czytać dalej xx
    @AlwaysIsHope1

    OdpowiedzUsuń
  6. Cześć :D
    Zapowiada się ciekawie
    Będę czytała
    Maddie

    OdpowiedzUsuń
  7. no genialne !! :) siedzę i się śmieję :):)
    dobra po prostu czytam dalej ;)

    @nala292

    OdpowiedzUsuń
  8. Jejku, czuję, że mi się spodoba. Jak tylko znajdę chwilę czasu przeczytam wszystko x
    @Only_Ordinary_I

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy